Menu główne:
Góry Świętokrzyskie
Każde miejsce ma swoją historię, każdy region ma ich całe mnóstwo, a opowiadają o wydarzeniach sprzed wielu lat. Opowieści te przekazywane z pokolenia na pokolenie i wędrujące z mieszkańcami z miejsca na miejsce przybierały coraz to nowe formy i bogaciły się o zupełnie nowe szczegóły. Tak zmodyfikowane z czasem i ubarwione przez okoliczną ludność legendy i podania dotrwały do dziś.
O powstaniu Kielc
Działo się to za czasów króla Bolesława Śmiałego, zwanego także Szczodrym. Pewnego dnia syn owego króla, młodzieniec o imieniu Mieszko, wybrał się z myślowymi na polowanie, które w tamtym czasie było jednym z niewielu zajęć dla młodych ludzi. Zdecydowali się wybrać do puszczy jodłowej, dzisiejszych lasów świętokrzyskich, w których to dzikiego zwierza nigdy nie brakowało, a i widoki były warte wyprawy.
Kiedy Mieszko wraz z kompanami jechał na koniu śladami dzika, postanowił przeciąć drogę zwierzęciu, by samemu stawić mu czoła. Puszcza jodłowa nie była jednak łaskawa dla młodego Mieszka. Drzewa nie wskazywały mu drogi, nie rozchylały gałęzi, ale stały nieruchomo, obserwując pościg. Nie był to łatwy pościg dla myśliwego, a i miejsce, choć piękne, to jednak dzikie i mało dostępne dla młodzieńca na koniu. Ale cóż to? Ścieżki wyglądają tak samo jak mijane przed chwilą. „Czyżbym zabłądził?” – zastanawiał się Mieszko, zmęczony pogonią za dzikiem. Młodzieniec postanowił odpocząć. Zsiadł z konia, poklepał go przyjaźnie i przysiadł pod wielkim dębem, który rósł przy pięknej polanie. Mieszko podziwiał las, słuchał śpiewu ptaków i, nawet nie wiadomo kiedy, zasnął snem głębokim. Nie był to jednak sen dający odpoczynek. Śniło mu się, że napadli go w lesie zbójcy i chcieli go otruć, wlewając mu zatruty płyn do ust. Kiedy po wypiciu zatrutego napoju tracił siły, ujrzał nagle świętego Wojciecha. On to swoim pastorałem nakreślił na ziemi szlak, spod którego wypłynął strumień. Kiedy woda zaczęła płynąć, szukając sobie drogi wśród traw i krzewinek, Mieszko się obudził. Ale co to? W pobliżu niego biło źródło. „Przecież go wcześniej tam nie było!” – przypominał sobie Mieszko, ale ogromnie zmęczony pogonią za zwierzyną, podszedł do źródła i napił się jego czystej, orzeźwiającej wody. W momencie siły zaczęły mu wracać i to na tyle, że ruszył w dalszą drogę z postanowieniem odnalezienia swoich kompanów. Jechał, podziwiając puszczę jodłową i rozmyślając nad snem i źródłem, które pojawiło się w sposób dla niego zagadkowy, i o jego niezwykłej mocy. „Ale co to? Kieł?” – nie dowierzał swoim oczom młodzieniec, zsiadając z konia, by przyjrzeć się niezwykłemu znalezisku. Rzeczywiście, to był ogromny kieł nieznanego mu dotąd zwierzęcia. Mieszko, zaskoczony niezwykłymi zdarzeniami, jakie spotkały go w tutejszym lesie, postanowił niebawem wrócić w to miejsce, by założyć osadę. „To niezwykła okolica i zasługuje na to, by w niej mieszkać” – pomyślał, po czym ruszył dalej. Gdy odnalazł kompanów, opowiedział im o swoich przygodach, które przeżył w puszczy.
Niedługo potem na polanie, gdzie Mieszko odpoczywał i przyśnił mu się święty Wojciech, zbudowano piękny kościół, imieniem świętego Wojciecha nazwany. Wokół kościoła założono osadę, którą nazwano Kiełcami, od niezwykłego znaleziska w puszczy, a strumień, dzięki któremu Mieszko odzyskał siły, nazwano Silnicą. Dziś legendarna osada jest pięknym miastem o nazwie Kielce, w którym do dziś stoi kościół świętego Wojciecha i płynie przez miasto rzeka Silnica. Wokół Kielc nadal szumią drzewa w puszczy jodłowej, która z pewnością kryje w sobie jeszcze wiele tajemnic.
[Opracowała Dorota Skwark]
O powstaniu nazwy Góry Świętokrzyskie
W czasach, gdy panował Bolesław Chrobry historia ta się zaczyna. Do dworu myśliwskiego w Kielcach zaproszony został pzrez władcę królewicz węgierski Emeryk. Jak kazał zwyczaj, przed wyjazdem, otrzymał od swego ojca - króla Węgier Stefana - błogosławieństwo na daleką drogę. Wraz z błogosławieństwem od króla otrzymał oprawione w złoto relikwie Krzyża Świętego, aby w drodze strzegły go od złego. Podróż długą była i Emeryk zmęczony wielce dotarł w gościnę do Chrobrego. Po chwili wytchnienia, na cześć dostojnego gościa wyprawiono polowanie. Bory łysogórskie słynęły bowiem wówczas z niezliczonej ilości grubego zwierza.
Zebrała się zatem spora ciżba naganiaczy i wojów z ogarami, aby panom zwierzynę wystawiać. Rozległy się dźwięki rogów, ujadanie psów i krzyki nagonki. Emeryk wraz ze świtą przyboczną ruszył w knieję, jednak polować umyślał w wyższych partiach gór. Ruszył więc z kopyta na najwyższy okoliczny szczyt, aż towarzysze jego, tempa utrzymać nie mogąc, w tyle zostali. Królewicz nie zważając, iż sam się ostał w nieznajomym lesie szybko rwał przed siebie zwierzyny wypatrując. Kluczył tak po wąskich ścieżkach wydeptanych przez zwierzynę. W dali cichły już powoli głosy rogów. Z lekka przerywane ujadanie ogarów ucichło zupełnie. Polowanie dobiegało końca. Emeryk nie zważając na to nadal wypatrywał trofeum.
Nagle z gęstwinie dojrzał jelenia. Majestatycznych rozmiarów był to okaz, a poroże jego już to Emerykowi wielce się spodobało. Spiął więc konia i ruszył. Jeleń spłoszony zerwał się do ucieczki. Długo kluczył po leśnej gęstwinie, aż poroże zaplątało się w gałęziach i nijak uwolnić się nie mógł. Emeryk widząc to wolno podjechał w pobliże jelenia i nie mógł od niego wzroku oderwać. Podziwiał go długą chwilę. W pewnym momencie sięgnął po łuk, nałożył strzałę i unosił już do strzału, gdy jeleń niespodziewanie odwrócił głowę w stronę łowczego. W jego wieńcu ujrzał Emeryk świetlisty krzyż. Blask, aż oślepił władcę węgierskiego, aż musiał łuk opuścić i oczy zasłonić. Wtem jeleń zniknął niczym rozwiany podmuchem poranny opar.
Teraz dopiero Emeryk rozejrzał się i spostrzegł, iż sam się ostał goniąc byka po lesie. Zaczęło się zmierzchać. Królewicz nie wiedział, w którą stronę się udać na spotkanie towarzyszy polowania. Zadął więc w róg raz, drugi i trzeci, ale odpowiedziało mu tylko echo, po którym zapadała głucha cisza. Wokół robiło się coraz ciemniej. Głodny i strudzony, bez żadnej zdobyczy usiadł Emeryk pod drzewem, aby odpocząć nieco. Nagle rozwidniło się i blask niesamowity spowił polanę przed księciem. W świetle tym ukazał się anioł, zaś strudzony Emeryk widząc wysłannika niebios przeżegnał się szybko. Anioł uspokoił go jednak i kazał jechać za sobą.
- Pokażę ci drogę, którą dotrzesz do ludzi. Udzielą ci oni pomocy, napoją i nakarmią. Dadzą wytchnąć po trudach, ale w zamian będziesz im musiał zostawić to co masz przy sobie najcenniejszego. Nie miał wyjścia Emeryk - przystał na propozycję anioła, nie wiedząc jednak gdzie trafi, ni co takiego będzie musiał dać w zamian. Ruszył w drogę.
Ciemno już wokół się zrobiło, gdy dotarli do znajdującego się na szczycie góry drewnianego klasztoru. Gdy ukazał się im budynek anioł zniknął tak szyko jak się zjawił. Wędrowcem zajęli się klasztorni mnisi. Napojony i nakarmiony królewicz pamiętał co aniołowi obiecał i w zamian za gościnę i pomoc zostawił u mnichów złoty relikwiarz darowany mu przez ojca przed podróżą. Po kilku dniach zawitał ponownie do klasztoru w towarzystwie biskupa krakowskiego Lamberta, któremu ofiarował to co miał najcenniejszego przy spotkaniu z aniołem. Biskup złożył relikwie w drewnianej kaplicy u mnichów. Ruszyły też pielgrzymki okolicznych mieszkańców, by zobaczyć cenny podarunek.
Bolesław Chrobry zaś, aby podarunek Emeryka godnie przechowywać postawił na górze kościół wraz z klasztorem, do którego sprowadził z Monte Cassino dwunastu benedyktynów. Ofiarował im też kilka pobliskich wiosek. Od relikwii całe wzgórze z klasztorem zaczęli mieszkańcy nazywać Świętym Krzyżem, zaś okoliczne góry nazwano Świętokrzyskimi. Do dziś też pielgrzymi wędrują na szczyt do klasztoru, gdzie po dziś dzień relikwie są przechowywane.
[Opracował Krzysztof Żąłodek]
O Emeryku ( Pielgrzymie Świętokrzyskim )
W Nowej Słupi, na początku drogi wiodącej na Święty Krzyż zwanej ,, drogą królewską'', stoi od wieków tajemniczy kamienny posąg. Nie wiadomo do dziś skąd się wziął u podnóża Łysej góry. Z tego powodu krążą o nim wiele różnych legend.
Jedna z nich opowiada o sławnym, walecznym rycerzu, którego zarozumiałość i pycha została ukarana.
Rycerz ów żył przed wiekami i wsławił się wielka odwaga i męstwem w licznych wojnach.
Pewnego dnia porzucił żołnierskie rzemiosło i postanowił pielgrzymować do wielkich cudownych miejsc w świecie. Pielgrzymkę swoja - zamierzał zakończyć w świętokrzyskim klasztorze.
Kiedy przybył do Nowej Słupi, chwalił się jej mieszkańcom, że jest najpobożniejszym człowiekiem na ziemi, a w godzinę śmierci jego dusza powędruje prosto do raju. Drogę od rynku osady do klasztoru postanowił przebyć na kolanach. Mozolnie spinał się po kamiennej ścieżce na stok Łysej Góry. Szli obok mieszkańcy Nowej Słupi i podziwiali niezwykła wytrwałość wędrowca.
Dotarli razem do skraju puszczy, a wtedy usłyszeli bicie dzwonów w odległym o dwa kilometry klasztorze. Zatrzymali się zdziwieni, bo nie była to pora nabożeństwa. Wtedy to pielgrzym rzekł z pycha, że dzwony same bija na jego powianie i swoim głosem oddają mu cześć. Zdążył powiedzieć te słowa i oto w oczach przerażonych ludzi ukarany został za swą pychę, zmienił się w kamienny posąg.
Od tej pory kamienny posag pielgrzyma pokutuje za grzech zarozumiałości. Co rok porusza się o ziarnko piasku w stronę klasztoru. Gdy tam dotrze, nastąpi koniec jego pokuty, ale tez i koniec świata.
[dzeju2.webpark.pl]
O Adelajdzie (Atlajdzie) z Dębna
We wsi Dębno, obok kościoła stoi figura, a na niej widnieje napis: "Rok 1906. Niech będzie błogosławiona pamięć Atlajdy Habdank, urodziwej dziewicy, córki dziedzica Dębna, która wróciła relikwie Drzewa Krzyża Świętego na Łysą Górę".
Kim była owa Atlajda?
Sięgnijmy do historii. WXIII i XIV w, (ok. 700-600 lat temu) ziemie polskie pustoszy zagony tatarskie, paląc osady, zabierając do niewoli ich mieszkańców. Magnesem dla najeźdźców były legendarne bogactwa klasztoru świętokrzyskiego, ufundowanego przez króla Bolesława Chrobrego. Największym jednak bogactwem klasztoru była relikwia Drzewa Krzyża Świętego.
Na kilka lat przed panowaniem Władysława Jagiełły, jego bracia wzorem tatarskich oddziałów, trzymając się końskich ogonów, przeprawili się nocą przez Wisłę. Spustoszyli świętokrzyską krainę, złupili jq, zamordowali mnichów i wykradli relikwię, zwaną przez Litwinów "Łąckim Krzyżem". Napadli tez na grodek pana Habdanka z Dębna, uprowadzili wielu jeńców, a wśród nich dziedzica i jego piękną, młodą córkę Adelajdę. Polscy rycerze ścigali najeźdźców do granic Litwy.
Zginęło od polskich strzał wielu Litwinów, niektórych pochłonęły bagna i trzęsawiska. Jeńcy umierali po drodze z głodu, chorób i wyczerpania. Atlajda przeżyła wędrówkę i dotarła do barbarzyńskiego i pogańskiego kraju. Dostała się na dwór wróżbity Wojdyły. Wajdelota zakochał się w pięknej i mądrej dziewczynie, która niejednokrotnie służyła mu radą. W tym czasie na Litwie zapanował pomór zwierząt. Bydło i owce główne bogactwo Litwinów ginęło od nieznanej choroby. Nie pomagały ofiary i modły do, pogańskich bogów, ani odczynianie uroków. Wszystko na próżno. Zwrócono się więc o radę do Wojdyty. Ten zaś, będąc pod wpływem polskiej branki orzekł, ze Bóg Lachów mści się za kradzież "Łąckiego Krzyża". Panujący wówczas książę Kiejstut nakazał pośpiesznie i z szacunkiem oddać zrabowaną świętość, uwolnić jeńców i oddać zrabowane mienie.
Piękna i mądra Atlajda powróciła do swoich włości. Lud świętokrzyski czci do dziś pamięć dziewczyny, która ocaliła Drzewo Krzyża Świętego.
[dzeju2.webpark.pl]
O nazwie miejscowości Święta Katarzyna
Na skraju Puszczy Jodłowej stoi klasztor pod wezwaniem Świętej Katarzyny. Położony w pięknym miejscu, jest otoczony cieniem prastarych drzew. Przed wiekami, okolicę tą zamieszkiwali nieliczni ludzie, żyjący wśród świętokrzyskich lasów.
W końcu XIV wieku przywędrował w te strony samotny pielgrzym, wielce zasłużony w bitwach z Tatarami - rycerz króla Jagiełły - Wacławek. Ten szlachetny mąż, zmęczony trudami życia postanowił zakończyć żywot w pustelni. Zrzekł się przywilejów, wyzbył majątku i z kosturem pielgrzymim w rękach dotarł z Podola do Łysogór.
Zatrzymał się pod Łysicą i osiadł u podnóża góry w maleńkiej osadzie. Wkrótce potem sprowadził z klasztoru świętokrzyskiego kilku Benedyktynów i zbudował z nimi drewniany kościół ku czci świętej Katarzyny. W kościele tym umieścił przywiezioną z Ziemi Świętej figurkę św. Katarzyny wyrzeźbiona w drewnie cyprysowym i wysadzana drogimi kamieniami. Od tej chwili ludzie nazwali osadę Świętą Katarzyną. W okolicy zamieszkiwali pustelnicy. Ich maleńkie domki zmieniono potem w kapliczki; nieliczne z nich ocalały d dziś. Kiedy mało kto umiał pisać i czytać, a książki były bardzo drogie, pustelnicy byli pierwszymi i jedynymi przewodnikami dla wędrowców podążających leśnymi traktami świętokrzyskiej ziemi.
[dzeju2.webpark.pl]
O sabatach czarownic i powstaniu gołoborza
Nad Górami Świętokrzyskimi, wysoka w chmurach króluje dumny szczyt Łysej Góry. W miejscu tym - jak mówią ludowe przekazy - odbywały się spotkania czarownic - zwane sabatami. Podczas tych zjazdów diabły i czarownice odprawiały tajemne gusła, trwała piekielna zabawa i tańce. Nikt z ludzi nie śmiał się tam zbliżyć. Szatańskie śmiechy, straszne zaklęcia i upiorny wygląd uczestników sabatu mógł śmiertelnie przerazić.
Czarownice żyły wśród mieszkańców okolicznych wsi. Wyglądały jak zwykłe kobiety. Tylko nocą, kiedy wśród jodeł szalała wichura i pioruny rozświetlały ciemność, diabelskie siostry siadały na miotły lub łopaty i po wypowiedzeniu zaklęcia:
"Płot nie płot
las nie las
wieś nie wieś
biesie nieś"
przenosiły się na szczyt Łysej Góry.
Ludzie zawsze obawiali się czarownic. Potrafiły one zsyłać na ludzi i zwierzęta choroby i śmierć, odbierać krowom mleko, wywoływać burze, zatruwać żywność i wodę, odbierać miłość mężów i narzeczonych.
Kiedy na Łysej Górze wzniesiono klasztor ( od tego czasu zaczęto nazywać to wzniesienie Górą Świętego Krzyża ), bicie dzwonów i modlitwy mnichów przeszkadzały złym mocom.
Pewnej nocy diabły wyrwały z piekła ogromny głaz, wyleciały na ziemię otworem zwanym dziś Jaskinią Piekło (pod Gałęzicami koło Chęcin) i ruszyły w stronę klasztoru. Zmęczone dźwiganiem ciężaru przysiadły na chwilę na Górze Klonówce. Wtedy od wsi dobiegło pianie koguta - wstawał świt i diabelskie siły traciły moc. Ogromny głaz, wypuszczony z szatańskich szponów spoczywa do dziś na tym miejscu i nazwany został Diabelskim Kamieniem.
Rozgniewany Lucyper wysłał ponownie swoich poddanych na Św. Krzyż, nakazując im zburzenie klasztornych zabudowań. Tym razem diabły niosły kamienie w płachcie. Były już blisko celu, gdy śpiące na klasztornym podwórku gęsi zbudzone łopotem i gwarem w powietrzu, zagęgały na alarm. Hałas wyrwał ze snu jednego z zakonników, który uderzył w dzwon, myśląc, że nadszedł czas na poranną modlitwę. I znów nie udał się diabelski podstępek. Diabły ogłuszone biciem dzwonów upuściły płachtę i potężne kamienie posypały się na zbocze góry. Leżą tam do dziś, rozbite na kawałki. Tak powstało gołoborze.
[dzeju2.webpark.pl]
O zbóju Kaku
Zbój Kak znany był na świętokrzyskiej ziemi. Miody, silny i niezwykle odważny, sam zbójował na leśnych traktach i niezauważony przez nikogo wracał do swej siedziby pod Łysicy
Pewnej nocy zatrzymał na drodze wspaniałą karocę. Jechała nią piękna siostrzenica biskupa krakowskiego. Kak porwał dziewczynę i zachwycony jej urodą szczerze pokochał. Panienka odwzajemniła to uczucie. Nie chciała wracać do domu, wolała żyć wśród strzelistych jodeł i śpiewu ptaków.
Biskup nie pogodził się z uprowadzeniem siostrzenicy. Wysłał na poszukiwanie rycerzy, którzy mieli pojmać Kaka. Nie było to łatwe. Z chaty na polance, gdzie mieszkał, uciekł na Łysicę. Bronił się tam, rzucając na stojących w dole ludzi potężne głazy z gołoborza. Kiedy Jednak w powietrzu zaświstały strzały, dziewczyna wyszła przed zbójnika i własną piersią zasłoniła go. Strzały przeszyły ją i zmarła ratując kochankowi życie. Kak pochował dziewczynę pod stosem kamieni, a sam oddał się w ręce biskupich wysłanników. Rannego przewieziono do Krakowa i stracono na szubienicy. Stojąc pod szubienicą Kok śpiewał:
"oj lipko, lipko na Kakoninie kto ciebie najdzie szczęście go nie minie".
Wśród ludzi przyglądających się egzekucji znalazł się przypadkiem szklarz rodem z Gór Świętokrzyskich, Zrozumiał słowa piosenki. Po powrocie w rodzinne strony znalazł na polanie starą lipę, w niej dziuplę, a tam wiele pieniędzy i kosztowności. Chłop nie bardzo wiedział, co począć z tym ogromnym majątkiem. Miejscowy proboszcz doradził mu, aby zbudował na wzgórzu pod Bielinami kościół, w którym odprawiałaby się nabożeństwa za dusze zbójców i ich ofiar. Resztę pieniędzy radził rozdać ubogim. Tak też szklarz uczynił. Jednak złe moce nocami niszczyły budująca się kościół. Z konieczności obudowano go na niewielkim wzniesieniu we wsi Bieliny gdzie stoi do dziś, a o fundatorze szklarzu wspomina napis na tablica we wnętrzu kościoła. Natomiast w miejscu gdzie zamierzano wybudować świątynię postawiono na pamiątkę trzy krzyże, które po dzień dzisiejszy górują nad miejscowością. Sprawdza się przysłowie: "nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło". Miejscowa ludność ma do kościoła bliżej, niż gdyby stał tam gdzie zamierzano go wznieść.
[dzeju2.webpark.pl]
O zbóju Madeju
Dawno temu, kiedy w świętokrzyskich lasach grasowały bandy zbójów, pewien zamożny kupiec wracał z Krakowa naładowanym po brzegi wozem.
Była ciemna noc i kupiec zabłądził w puszczy, a na dodatek ciężki wóz ugrzązł w błocie. W leśnej głuszy nie spodziewał się od nikogo pomocy. Wtem zjawiła się przed nim tajemnicza postać. Nieznajomy obiecał, że pomoże kupcowi dostać się na drogę, pod warunkiem, iż za przysługę otrzyma coś, co kupiec ma w domu, a o czym nie wie.
Kiedy nieznajomy kazał podpisać umowę krwią, domyślił się, że ma do czynienia z diabłem.
Po przybyciu do domu dowiedział się, że żona urodziła syna. Jego to nieświadomie obiecał diabłu. Mijały lata, chłopiec rósł, był dobry i mądry. Pewnego dnia, zrozpaczony ojciec wyznał swoją ponurą tajemnicę. Chłopiec przy rzekł, że pójdzie do piekła i odbierze diabelską umowę. Młodzieniec żegnany łzami matki i błogosławieństwem ojca, wy ruszył w drogę. Minął Święty Krzyż i wszedł do mrocznej, nieprzebytej puszczy. Nadchodziła burza, postanowił więc szukać schronienia. W jaskini, do której wszedł zastał starą kobietę.
Z przerażeniem usłyszał, że jest ona matką zbója Madeja. Ten straszny człowiek nie darował nikomu życia, zabił nawet własnego ojca. Kobieta zlitowała się nad wędrowcem i ukryła go w jaskini. Wkrótce nadszedł Madej. Już chciał roztrzaskać głowę nieproszonego gościa, ale matka podała mu strawę. Ostatecznie rozbójnik, usłyszawszy opowiadanie chłopca, darował mu życie, pod warunkiem, że dowie się w piekle, jaką karę dla niego gotują. Na drodze powrotnej syn kupca miał to wszystko opowiedzieć.
Po długiej i męczącej wędrówce chłopiec doszedł do wrót piekieł. Dotarł przed oblicze samego Lucypera i odebrał cyrograf. Przedtem jednak usłyszał, że jeżeli diabeł nie zwróci cyrografu, pójdzie na Madejowe łoże. Przypomniało mu to o obietnicy danej zbójowi i zapragnął je ujrzeć. Łoże było z żelaznej kraty, najeżone brzytwami, sztyletami, nożami i hakami. Z dołu buchaj płomienie ognia, a z góry kapała rozpalona siarka. W jednym końcu łoża wisiały klamry do podtrzymywania głowy ~ w drugim do skrępowania nóg. Kiedy po powrocie opowiedziało tym Madejowi, ten postanowił odbyć pokuta i zerwać ze zbójectwem.
Młodzieniec poprowadził rozbójnika na wzgórze między trzema jamami, gdzie były ukryte bogactwa Madeja. Wetknął w ziemię Madejową maczugę, kazał mu obok klęknąć i polecił codziennie schodzić na klęczkach do strumienia, nabierać wody w usta, a wodą tą podlewać zbrodnicze narzędzie. Po drodze rozdawać miał pieniądze ubogim. Jeżeli maczuga zakwitnie i wyda owoce to zbrodnie zostaną odpuszczone, a chłopiec kiedy zostanie kapłanem - udzieli mu rozgrzeszenia.
Madej zaczął wypełniać zadaną pokutę. Po 20 latach syn kupca został biskupem. Pewnego dnia przejeżdżał przez świętokrzyskie lasy. Poczuł wspaniały aromat jabłek, polecił więc dworzanom przynieść kilka owoców. Dworzanie wrócili mówiąc, że znaleźli jabłoń, ale nie daje ona zerwać żadnego jabłka. Obok drzewa zaś klęczy siwobrody starzec. Biskup przypomniał sobie przygodę z noclegiem i podążył pod jabłoń. Zbój poprosił o przyrzeczone rozgrzeszenie. Rozpoczęta się spowiedź Po każdej wyznanej zbrodni, owoce na jabłoni zmieniały się w białe gołębie i ulatywały do nieba. Gdy zbój wyjawił zamordowanie swojego ojca, ostatnie jabłko zniknęło z drzewa.
Gdy wreszcie otrzymał rozgrzeszenie. Jego ciało rozsypało się w proch. Po tym wydarzeniu zostało powiedzenie "madejowe łoże", na niewygodne łóżka i nazwa jednej z grot w Górach Świętokrzyskich -Jaskini Zbójeckiej w Łagowie.
[dzeju2.webpark.pl]
Skarby Królowej Bony
Jednym z najbardziej malowniczych zabytków Ziemi Kieleckiej są ruiny Chęcińskiego zamku, wzniesionego na przełomie XIII/XIV wieku.
Legenda głosi, że w zamku tym przechowywała swoje skarby królowa Bona. Po śmierci małżonka - Zygmunta Starego, monarchini postanowiła opuścić Polskę i przez Śląsk udać się do Włoch.
Pewnego letniego popołudnia, przed zachodem słońca, załadowano ciężkie, okute wozy i ogromne skrzynie z nieprzebranym bogactwem wyjechały z Chęcin. Podróż nie trwała długo. Podczas przejazdu przez rzekę Nidę (w dzisiejszej miejscowości Mosty), królewski skarb runął do wody, gdyż słaby drewniany most nie wy trzymał obciążenia. Królowa Bona wysłała do zamku posłańca z prośbą o pomoc i ratunek. Załoga zamku nie wpuściła jednak chłopca na dziedziniec, bo liczono na to, że choć mała część majątku pozostanie w Polsce.
Od tego czasu, w niektóre dni po zachodzie słońca, zdumieni turyści słyszą tętent galopującego konia. Nie widzą jednak jeźdźca, który ponoć od wieków prosi o pomoc.
Skarby zatonęły - i dziś nikt naprawdę nie wie, co się z nimi stało. Kiedy będziecie w Mostach, spójrzcie w nurt Nidy. Czasem, kiedy świeci słońce, w jego promieniach widać złote refleksy.
Może skarb królowej Bony do dziś leży głęboko na dnie i ukazuje się tym, którzy wierzą w legendy?
[dzeju2.webpark.pl]
Z Piekła do Raju
Wydarzenia, o których opowiadają legenda, dotyczą zwykle dawnych, a nawet bardzo dawnych czasów.
Ta, której historia opowiemy, mówi o czasach nam współczesnych. W początku lat sześćdziesiątych - a więc tylko dwadzieścia kilka lat temu czterech uczniów z Technikum Geologicznego w Krakowie, ze swoją opiekunką mgr Boczarową wędrowało po ziemi świętokrzyskiej.
Kiedy zwiedzili już jaskinię "Piekło " (o której już wiecie), dotarli do przysiółka Dobrzączka. Zatrzymali się na odpoczynek w starej, krytej strzechą chałupce. Gospodarz chętnie opowiadał gościom o ciekawych zdarzeniach i miejscach związanych z najbliższą okolicą. Od niego to, chłopcy dowiedzieli się, że w pobliżu w niewielkim kamieniołomie znajduje się tajemnicza szczelina prowadząca w głąb ziemi. Takiej okazji nie mogli pominąć. Podziemnym wejściem dostali się do jaskini. Cud natury, jaki zobaczyli, dziwne kształty nacieków i ich barwy, przypomniały bajkowy, nieziemski świat.
- "Przecież to raj" - krzyknął jeden z wędrowców. "Prawdziwy raj"
l jaskinię nazwano "Raj". Przekonajcie się zresztą sami, czy zasłużyła na to miano.
[dzeju2.webpark.pl]
Pałac w Podzamczu
Kilkanaście kilometrów na zachód od Kielc w Podzamczu Piekoszewskim znajdują się ruiny pałacu zbudowanego przez wojewodę lubelskiego Jana Tarłę.
Pałac ten był wierną kopią kieleckiej rezydencji biskupów krakowskich. Wojewoda Tarło, uczestnicząc w przejęciu wydanym w 1642 roku z okazji ukończenia budowy pałacu w Kielcach, zaprosił biskupa Jakuba Zadzika ówczesnego wielkiego kanclerza do siebie. Biskup chcąc zakpić z wojewody zapytał: "Pewnie sąsiad chce mnie pod włościańską strzechą ugościć?" Tarło odpowiedział z pychą: "Proszę mi wierzyć, że podejmę waszą księżą mość równie godnie i w siedzibie godnej jego ekscelencji. Przyjedziesz do mnie pierwszymi saniami".
Ruszyła budowa wspaniałego pałacu, ale ukończono ją nie na zimę, a dopiero latem. Butny i pełen dumy wojewoda dotrzymał Jednak słowa. Od granic majątku do pałacu biskup przejechał saniami - po drodze wysypanej białą solą.
[dzeju2.webpark.pl]
O Perzowej Górze i grocie Św. Rozalii
W świętokrzyskich wsiach - od Kużniaków po Oblęgorek, bardzo popularne jest nazwisko Perz. Dawno, dawno temu staruszek o tym nazwisku past krowy na górze za wsią. Było mgliste popołudnie i białe opary otuliły krajobraz.
Nagle, zdumionemu Perzowi ukazała się jasna postać, która wręczyła mu wielki klucz i rzekła: "Nie lękaj się, mimo iż będą się tu działy rzeczy straszne. Wytrwaj na tym miejscu do końca. Weź ten klucz i czekaj, a staniesz się najwyższym przełożonym klasztoru, który tu postawiono. Tym kluczem otworzysz drzwi."
Wtedy rozległy się trzaski, jęki i bicie dzwonów. Góra pękła, skały z łoskotem toczyły się po zboczu. Wśród roju gadów, ze szczelin wyrastały tajemnicze mury. Przerażony Perz uciekł do wsi, wyrzucając po drodze klucz. Dziwna postać zniknęła, a góra znieruchomiała. Po kamiennych murach powstała grota, która w latach zarazy służyła ludziom za schronienie. Uratowani od śmierci z wdzięczności wystawili w grocie ołtarzyk patronce chroniącej od zarazy (chorób zakaźnych) - św. Rozalii.
[dzeju2.webpark.pl]
O Grodowej Górze
Ok. 10 km na północ od Kielc leży, wśród malowniczych wzgórz weś Tumlin. Od wieków wydobywano tu czerwony piaskowiec, używany do wyrobu żaren i kamieni młyńskich. Pośrodku wsi wznoszą się dwie góry Grodowa i Kościelna.
Nazwa Góry Grodowe pochodzi od grodu, który ponoć stał na jej szczycie i przed wieloma stuleciami służył za schronisko okolicznym ludziom w razie najazdu wroga. W czasach państwa pogańskiego wierzchołek góry, otoczony kamiennymi wałami (ich ślady pozostały do dziś) był miejscem religijnych obrzędów. Podczas szwedzkiego "potopu" trwały zadęte walki polskiego rycerstwa z najeźdźcami. Grodowa góra i słowiańskie wały kultowe posłużyły kiedyś zdziesiątkowanym oddziałom polskim za obronną twierdzę.
Długo odpierano wroga, aż w końcu oblężonym skończyła się amunicja i żywność. Został im jedynie niewielki zapas kaszy jaglanej. Zrozpaczony dowódca nakazał załadować kaszą wszystkie armaty i inną palną broń. Huknęła salwa - i o dziwo - Szwedzi zaczęli się wycofywać. Nie dlatego, że ta "amunicja", wyrządziła jakiekolwiek szkody. Ale dlatego, iż Szwedzi byli przekonani o dużych zapasach żywności u oblężonych, a tym samym o możliwości przetrwania wielu jeszcze dni walki.
Szwedzi odstąpili od ataku i ponieśli zbrojną porażkę pod Górą Ciosową (nazwano ją tak od miejsca gdzie zadano cios wrogowi).
[dzeju2.webpark.pl]
Legenda o okrutnej pani z zamku Krzyżtopór i lochu na trzy klucze zamkniętym
Kiedy jeszcze zamek Krzyżtopór - największy i najdziwniejszy w Polsce, olśniewał swoim bogactwem i przepychem mieszkała w nim krewna wojewody, stara panna. Przeżyty niegdyś zawód miłosny zmienił piękną pannę w bogatą i okrutną jędzę.
Poddani cierpieli z tej przyczyny, bo chora z nienawiści do ludzi kobieta, nie szczędziła im razów, kar i awantur. Jedynym jej ulubieńcom był biały, kudłaty piesek, który nie odstępował swej pani na krok. Ona zaś wymyśliła sobie, że piesek rozpoznaje złych ludzi. Kogo tylko obwącha - ten jest uratowany. Ale jeżeli zaszczeka - biada temu nieszczęśnikowi. Znaczyło to, ze człowiek taki jest nieżyczliwy pannie. Na jej rozkaz, siepacze wtrącali biedaka do lochu, gdzie konał bez jedzenia i wody. Długie lata trwały te okrutne zabawy.
Pewnego dnia do zamku zawitał dworzanin z dalekich stron. Ujrzawszy go w progu komnaty, piesek skoczył doń i głośno zaszczekał. Pani zadzwoniła na swoich siepaczy. Dworzanin, który znał jej zwyczaje, dobył miecza, zgładził pannę, psa i przybyłych dwóch oprawców. Ciała całej czwórki zepchnął do lochu - tego samego, w którym z kaprysu złej kobiety zginęło wielu niewinnych ludzi.
W ten to sposób zamek został uwolniony od katów. Dworzanin spiesznie odjechał, a po czterech latach zginął na polu bitwy.
Legenda głosi, że w lochu zamku ukryte są skarby, schowane za potrójnymi drzwiami. Pierwsze z nich to drzwi żelazne, drugie -dębowe, trzecie -jesionowe. Na drzwiach jesionowych widnieje krzyż i topór. Na pierwszych drzwiach wiszą trzy klucze. Żelazny otwiera żelazne drzwi, srebrny dobowe, złoty zaś jesionowe. Za jesionowymi drzwiami stoją trzy beczki - napełnione złotymi, srebrnymi i miedzianymi monetami. Beczek strzeże jakieś licho. Gasi lampy, śmieje się szatańskim śmiechem. Nikt jeszcze nie przeżył spotkania z piekielnym stróżem skarbów.
Ludzie mówią, że bogactwa zgromadzone były kosztem ludzkiej biedy łez i krzywdy. Wtedy dopiero ktoś do nich trafi, kiedy te krzywdy naprawione zostano.
[dzeju2.webpark.pl]
O dzielnej Halinie "która Sandomierz przed Tatarami uratowała"
Przed mękami ziemie polskie niejednokrotnie byty nawiedzane przez tatarskie ordy. Tatarzy palili miasta i wsie, mordowali ludzi, grabili dobitek. Tylko cudem zdarzało się ocalić z pogromu. Najazd roku 1260 zrujnował także Sandomierz i niewielu jego mieszkańców pozostawił przy życiu. Jeszcze nie ucichła echa tej tragedii, kiedy w 27 lat później wici głosiły nowe niebezpieczeństwa. Tatarskie ordy spaliły Mazowsze, ziemię lubelska, sieradzką, krakowską i znalazły się pod Sandomierzem. Tym razem miasto było dobrze przygotowane do odparcia ataków. Szturm nie udał się. Rozwścieczeni Tatarzy postanowili wziąć gród głodem, a sami czekać na posiłki. Wówczas to Halina - córka woja Piotra Krempy postanowiła wciągnąć wroga w pułapkę.
Pewnej nocy, lochami pod miastem udała się do obozu wroga i zażądała widzenia z wodzem. Wyznała mu, że pragnie pomóc Tatarom, bo mieszkańcy Sandomierza zagarnęli po śmierci jej ojca cały dobytek, a ją samą zamknęli w klasztorze. Obiecała przeprowadzić tatarskie wojsko lochami, a na dowód dobrej woli pokazała kawałek skóry z tatarskiego kołczana. Otrzymała go od ojca, który pielęgnował rannego syna tatarskiego wodza.
Nie do końca uwierzono Halinie. Postanowiono wysłać na zwiady tylko niewielki oddział Tatarów, który wprowadziła w lochy wiodące do miasta. Już, już chcieli ruszyć do walki, ale dziewczyna powstrzymała ich, mówiąc, że tak niewielką liczbę wojowników są n domierzanie zabiją. Dowódca zwiadu usłuchał Haliny. Wrócili do obozu i opowiedzieli o wszystkim wodzowi. Postanowiono, że o zmroku ruszy całe wojsko i bez trudu zdobędzie gród. Tak też uczyniono. Halina wiodła Tatarów przez lochy. Kiedy ostatni z nich zniknął w czeluściach, do ataku ruszyli obrońcy Sandomierza. Bez trudu pokonali nieliczne straże pozostałe -^ obozie, a wejście do lochu zasapali ogromnymi głazami. Dzielna Halina uratowała Sandomierz.
Przez miele lat później znajdowano w lochach pod miastem szkielety Tatarów zwabionych w pułapkę.
[dzeju2.webpark.pl]
Sobieski i Marysieńka pod Bartkiem
W dolinie rzeki Bobrzy znajduje się do dziś jeden z najpiękniejszych pomników przyrody ' dąb "Bartok". Od stuleci gubi jesienią liście, a wiosną okrywa się młodą zielenią. Gdyby umiał mówić, byłby skarbonką legend i prawdziwych opowieści. Pod jego sędziwymi konarom odpoczywali polscy królowie: Bolesław Chrobry, Bolesław Krzywousty, Władysław Jagiełło.
Legenda mówi, że historia wiekowego drzewa przewiodła do niego także Jana Ul S o b leskiego. Kiedy król wybrał się na wyprawę pod Wiedeń, jego ukochana żona Marysieńka wyruszyła mu naprzeciw, na południe kraju. Przez pewien czas przebywała na dworze starościańskim w Podzamczu Chęcińskim. Na wieść o zwycięstwie polskiego oręża kazała zbudować w Podzamczu bramę tryumfalną. Można ją obejrzeć jeszcze dziś. Król Jan owacyjnie witany w całym kraju, dotarł wreszcie w Góry Świętokrzyskie. Po postoju u chińskiego starosty, postanowił zobaczyć owiany legendami dqb. Kazał rozbić pod "Bartkiem" obóz, aby wypocząć po trudach podróży.
Słuchając opowieści o starym drzewie, król zamyślił się, a potem rozkazał przynieść z wozu rusznicę, zdobyczną, turecką szablę i gąsiorek najlepszego wina. Dla upamiętnienia swego pobytu polecił włożyć wszystko do głębokiej dziupli dębu. Z biegiem lat dziupla zarosła i być może do dziś w niej spoczywają pamiątki złożone przez króla Jana III Sobieskiego.
[dzeju2.webpark.pl]
O dwóch siostrach z łysickiego pałacu i źródle św. Franciszka
Dawno, dawno temu, na szczycie Łysicy stał piękny zamek. Błyszczały w słońcu złote blachy dachu, a wspaniałe rzeźby lśniły bielą na tle smukłych jodeł.
W tym pałacu żyły dwie siostry - obydwie młode i piękne. Młodsza, złotowłosa i błękitnooka Agata była cicha, spokojna, kochała przyrodę, a nade wszystko ptaki. Przywoływała je do pałacowych okien i karmiła z ręki ziarnem i okruszynami chleba. Starsza Jadwiga miała zupełnie inną naturę. Nudziła się w pustych zamkowych komnatach, lubiła tańce, zabawy i gwar.
Pewnego dnia obok zamku przejeżdżał młody rycerz. Zachwycony pięknem wyniosłej budowli, poprosił siostry o gościnę.
Jadwiga z radością przyjęła młodzieńca pod dach, zaraz też pokochała go z wzajemnością i całe dni spędzała u jego boku.
Agata zaś wolała towarzystwo swoich skrzydlatych przyjaciół i długie spacery wśród zielonych jodeł i rozłożystych paproci.
Wieczorem siadała cicho w okienku, stroniąc od towarzystwa siostry i jej rycerza.
Pewnej nocy starszej siostrze przyszła do głowy straszna myśl. Postanowiła zgładzić Agatę, a po jej śmierci panować na zamku razem z wybrankiem swojego serca. Podzieliła się zbrodniczym planem z ukochanym. Wczesnym świtem młodzieniec zakradł się do komnaty Agaty, chcąc ja uśpiona zrzucić z zamkowej wieży.
Kiedy dotarł na miejsce, posłanie było puste. Dziewczyna wybiegła już do lasu, powitać nowy piękny dzień.
Wyrodna siostra jednak nie zrezygnowała. Do dzbana złotego miodu dolała trucizny i czekała, kiedy spragniona Agata napije się z niego
Słońce wysuszyło już rosę, kiedy nieświadoma podstępu Agata wracała do zamku. Była już bardzo blisko, gdy nagle czarne chmury zasnuły niebo, pierwszy grom uderzył w wysokie drzewa.
Dziewczyna z przerażeniem dostrzegła, nad zamkiem wielką jasność i usłyszała ogłuszający huk. Piorun uderzył w zamkową wieżę, od jego wielkiej mocy, zamek rozpadł się na tysiące kamieni. Płacząc żałośnie chodziła wśród głazów, ale nie znalazła ciała siostry i jej kochanka. Jej łzy wyżłobiły ślady na kamiennych blokach. Możemy je dziś zobaczyć na gołoborzu zrodzonym z zamkowych ruin. Łzy Agaty spływały z Łysicy, aż u stóp góry utworzyły źródełko.
Ma ono cudowną moc - woda z niego leczy choroby oczu. Źródełko to nazwano imieniem opiekuna naszych oczu, którym jest św. Franciszek (to właśnie on pisał hymny pochwalne na cześć piękna przyrody, którą przecież odbieramy naszym wzrokiem).
[dzeju2.webpark.pl]
O posągu Św.Barbary
W Niewachlowie koło Kielc żył w połowi e XV 11 w. (o k. 350 lat temu) Hilary Mala, pracowita górnik, który wydobywał pod Karczówką rudę ołowiu. Ciężko pracował, a mimo to jego rodzina była bardzo biedna.
W dzień Wielkanocy 1646 r., Mala odpoczywał na stoku Karczówki i rozmyślał o swoim smutnym losie.
Nagle zerwała się gwałtowna wichura, a drzewa pochyliły się do samej ziemi, która z ogromnego otworu wyrzuciła trzech jeĽdĽców na rączych koniach. Dziwni przybysze trzykrotnie okrążyli wokół zdumionego górnika i ziemia znów ich pochłonęła. Dla Mali ten znak był jasny. JeĽdĽcy wskazywali mu miejsce, gdzie winien kopać ołowianykruszec.
Tak też zrobił. Pracował do zimy a galony jak nie było, tak nie było.
Ludzie kpili z biednego Mali, a on sam popadał w coraz większą nędzę. Sprzedawał nawet sprzęty z chaty.
Po górniczym święcie - smutnym i ubogim dla jego rodziny, górnik podjął koleją próbę. Za ostatnią kurę wyniesioną z domu kupił łojowe świece i z rozpaczliwą siłą kopał dalej. Wreszcie siły odmówiły mu posłuszeństwa, a w latarce dopalała się ostatnia już świeczka. Wtem, w blasku gasnącego promyka świecy Mala ujrzał metaliczną żyłę ołowianego kruszcu. Niebawem natrafił na ogromną bryłę galeny, na dwa i pół łokcia wysoką.
Teraz ludzie zaczęli chwalić jego pracowitość i upór, które każdemu gwarkowi przyniosły dobrobyt. Niedługo potem znaleziono drugą bryłę ołowiu. Trzecia do dziś leży pod ziemią i skałą zbocza - tej nie odnaleziono.
Kielecki starosta Stanisław Czachowski, ekonom biskupich dóbr kazał z pierwszej bryły wy rzeĽbić posąg patronki górników św. Barbary i umieścić w kościele na Karczówce. Z kawałka tej samej bryły wykonano płaskorzeĽbę Matki Boskiej, którą wmurowano w płn. ściana kieleckiej katedry. A z- drugiej bryły cykuty został posąg św. Antoniego do parafialnego kościoła w Barkowcach.
Miejsce, skąd Hilary Mala wydobył pierwszy wielki kawałek galony nosi nazwę "Szpara świętych. (Szpary to spękania skał w których znajdowano kruszce).
Tak to przez swóją pracowitość i mądry upór biedny górnik przeszedł do legendy.
[dzeju2.webpark.pl]
O potyczce ze Szwedami
Wczasach, kiedy szwedzki "potop" zalał już cala Polska w świętokrzyskich lasach grasowała banda zbója Poznera. Zbój ów miał narzeczoną, tak piękną jak żadna dziewczyna w okolicy. Kochałby bardzo i ze zbójeckich wypraw przynosił złote pierścionki, jedwabne suknie i naszyjniki z drogocennych kamieni. Dziewczyna wyglądała jak królewna. Pewnego dnia, kiedy Pozner wyruszył ze swoją bandą na rozbój, udała się na spacer w stronę leśnego potoku. Lubiła przeglądać się w lustrze wody i podziwiać swoją urodę. Tam ujrzeli ją szwedzcy żołnierze i oczarowani wdziękiem panny, porwali dziewczyna Pozner szalał z rozpaczy. W kościele św, Wojciecha przysiągł Szwedom zemstę. Postanowił zerwać ze zbójeckim życiem, odprawił też pokutę za wyrządzone ludziom krzywdy. Wkrótce potem przy pomocy mieszkańców Kielc i okolicznych wsi utworzył zbrojny oddział. Jeźdźcy wyruszyli w kierunku Chęcin na spotkanie z wrogiem. W pobliżu Zgórska i Słowika napadli na zaskoczonych Szwedów. Wielu z nich zginęło w walce, a wielu utonęło w rzece uciekając przed atakującymi.
Od tego czasu rzeka Bobrza między Zgórskiem a Sitkówką nosi nazwę "Trupieniec".
[dzeju2.webpark.pl]
Czarci Młyn w Gałęzicach
Czarci Młyn we wsi Gałęzice jest miejscem owianym mgłą tajemnicy, nawiedzanym niegdyś przez siły nieczyste, wspominają o nim średniowieczne kroniki i legendy. Mieszkańcy tej wioski z pokolenia na pokolenie przekazywali sobie opowieść, iż przed wiekami, gdy jeszcze na zamku w Chęcinach gościli królowie, nad rzeką istniał młyn wodny. Był to młyn niezwykły, bowiem nie mielił zboża, ale była w nim szkoła, w której nauki pobierali młodzieńcy, chcący zdobyć wiedzę czarnoksięską. Młynarzem, i nauczycielem był szarlatan. Przyjmował 12 terminatorów, a z nadejściem każdego nowego roku jeden z nich musiał oddać za czarownika swoje życie. Pewnego razu jeden z uczniów zdobył wiedzę większą od swojego mistrza, zbuntował się, szarlatana zabił, a młyn spalił. Tyle mówi ludowa legenda.
A jaka jest prawda? W średniowiecznych zapiskach znajduje się wzmianka, iż przed wiekami w Górach Świętokrzyskich istniała szkoła czarnoksiężników. Pierwszym zapisem potwierdzającym to przypuszczenie jest Historia Jana z Heidelborga. Kronika ta opisuje dzieje niemieckiego opata żyjącego w XV wieku w Bawarii. Mnich ten był osobą tajemniczą. Za niewłaściwe prowadzenie klasztoru został wysłany przez władze kościelne do Ziemi Świętej, by tam krzewić wiarę chrześcijańską. Jan z Heidelborga wyruszył więc do kraju Saracenów, lecz zamiast nawracać pogan, zainteresował się tajnikami wiedzy arabskiej. Kiedy wrócił do swej ojczyzny, przywiózł ze sobą tekst staroegipski, zawierający arkana wiedzy czarnoksięskiej. W kronice jest wzmianka, jakoby mnich odkrył sposób oddziaływania na ludzi bez względu na to, gdzie się znajdują. Sam podobno mówił: Mogę narzucić swoją wolę każdemu, kto pojmie sens mojej wiedzy. Mogę z łatwością uwolnić każdego, nawet więźnia zamkniętego w głębokich lochach pod silną strażą. Nikt dokładnie nie wiedział, na czym polega działanie czarów niemieckiego opata. Musiało to być coś niezmiernie ważnego i strasznego, ale opartego na prawach przyrody, a zawartego w jednej księdze. Na wszelki wypadek Święta Inkwizycja kazała mnicha spalić, wychodząc z założenia, że miał on kontakty z diabłem. Gdy siepacze biskupa przybyli po opata, już go nie było, a przestraszony sługa wyjaśnił, że opat wyjechał do Polski. Tam kontynuował swoje praktyki tajemne. Drugą wzmiankę o tajemniczym mnichu zostawił w swoim opisie franciszkanin Mateusz, który przekazuje:
W gęstej kniei, gdzie tylko zwierz króluje, a jedynym ludzkim siedliskiem jest położony kilkaset wiorst dalej zamek w Chęcinach, znajduje się siedlisko diabła, który ma na usługach kilku szarlatanów mu zaprzedanych. Rej tam wiedzie pewien mnich najstarszy wiekiem, o którym mówią że potrafi wędrować w czasie i przestrzeni, czyni rzeczy, o których zwykłym śmiertelnikom się nie śniło. Nikt tam dostępu nie może mieć, a gdy się jaki śmiałek zbliży do tej siedziby zła, zginąć musi niechybnie.
[Opracował Tadeusz Dąbrowa]
O cisowskim diable
W zamierzchłych czasach mała wioska Cisów znajdująca się wśród przepięknych świętokrzyskich borów przyciągała swym urokiem i zasobem leśnym wielu możnych panów z Krakowa, którzy polowali tu na zwierzynę. Wraz z nimi przyjeżdżało tu duchowieństwo, a wśród nich krakowscy biskupi. Mieli oni problem z odprawianiem mszy świętej, ponieważ najbliższy kościół był z jednej strony w Rakowie, a z drugiej strony w Daleszycach. Dlatego też postanowili ze swej fundacji wybudować mały kościółek, który stoi po dziś dzień.
Legenda mówi, że budowniczowie mieli nie lada problem z budową kościółka, bowiem "złemu aniołowi" miejsce to, z niewiadomych przyczyn nie odpowiadało. Tak też, to co murarze wybudowali w dzień, w nocy "zły" obracał w gruzy. Budowniczowie zostawiali na noc stróżów, ale pomimo tego mury były w nocy burzone. Po naradzie księży, biskupów i tamtejszej ludności postanowiono przenieść budowę w inne miejsce o kilkadziesiąt metrów wyżej. Dopiero tam spokojnie i bez przeszkód dokończono budowę. Na pamiątkę tych wydarzeń postanowiono umieścić obok ołtarza figurę diabła, która znajduje się tutaj po dziś dzień. Jest ona wielkości 2-letniego dziecka, znajduje się w pozycji leżącej, a nad nią Michał Archanioł z mieczem na znak zwycięstwa.
Z cisowskim diabłem wiążą się różne dziwne historie. Pewnego razu podczas malowania kościoła jeden z malarzy pomalował diabłu dla żartu ogon. Od tego dnia straszył malarza co noc. Po pewnym czasie dowcipniś zrozumiał, co jest przyczyną nocnych strachów, poszedł do kościoła i zmył farbę z ogona prześladowcy. Od tego momentu artysta odzyskał spokój.
Jeden z proboszczów stwierdził, że nie przystoi, aby diabeł znajdował się w kościele wśród świętych figur. Kazał usunąć go ze świątyni i umieścił go tymczasowo na plebanii. Od tego czasu w mieszkaniu księdza zaczęły się dziać dziwne, niewytłumaczalne rzeczy. Wiadomo, że ksiądz jako osoba duchowna odporny jest na strachy i duchy, jednakże po pewnym czasie szatan "wymusił" na proboszczu powrót na swoje miejsce do kościoła.
Mieszkańcy Cisowa zadowoleni są z posiadania diabła w świątyni, która stała się sławna i przyciąga turystów. Jednakże kolejni proboszczowie martwią się zachowaniem gości, którzy zwiedzając zabytkowy kościół najpierw pytają o diabła i od razu do niego kierują swoje kroki, jakby jemu chcieli oddać hołd.
[Opracował Tadeusz Dąbrowa]
O Witosławie
Przed wiekami na Witosławskiej Górze w bogatym zamku żył książę Witosław. Mściwy i bardzo okrutny był to władca. Za najmniejsze przewinienie karał poddanych śmiercią lub długim więzieniem w zamkowych lochach. Miał jedynego syna o takim samym imieniu. Młody Witosław znacznie się jednak różnił od ojca, był urodziwy, wesoły, dobry, łagodny i odważny zarazem. Gdy skończył 25 lat ojciec wezwał go przed swe oblicze i nakazał wyruszyć na poszukiwanie żony. Zapowiedział równocześnie, że synowa nie może być z niższego rodu. Syn wyruszył z orszakiem w świat. Następnego dnia w lesie napotkali urodziwą jasnowłosą dziewoję, która właśnie upolowała dzika. Była to córka leśniczego. Młody Witosław zakochał się i ożenił z nią bez pozwolenia ojca. Ten rozwścieczony kazał dziewczynę wtrącić do lochu o głodzie. Błagającego o jej uwolnienie syna uwięził w zamkowej wieży. Gdy dziewczyna zmarła, serce młodego Witosława pękło z rozpaczy. Okrutny książę dopiero po stracie jedynaka pożałował swych czynów. I odmienił się. Kazał zniszczyć zamek, rozdać ziemię poddanym, a w lesie zbudować drewnianą chatę, w której spędził samotnie resztę żywota. To właśnie na jej miejscu ma się znajdować kapliczka.
[Na podstawie książki: Jerzy Stankiewicz, Legendy świętokrzyskie, Kraków 1988]